Czeskie wartości. Demograficzny sukces nad Wełtawą

Relatywny sukces demograficzny, który udało się osiągnąć Czechom w ostatniej dekadzie, jest obecnie analizowany w Polsce na wszelkie możliwe sposoby. Często służy on również publicystycznymu suflowaniu rozwiązań zgodnych z liberalnym modelem społecznym. Niestety, podejście prezentystyczne do danych, jakie otrzymujemy z kraju naszych południowych sąsiadów, nie przybliża nas do poradzenia sobie z polską katastrofą demograficzną. Choć przypadek czeski wymaga dalszej obserwacji, warto zastanowić się, czy w tym przypadku decydujące są kwestie ekonomiczne, czy też może wartości, jakie wyznaje czeskie społeczeństwo. Intuicja może nam podpowiadać, że Czesi, którzy mieliby być legendarnie wręcz pragmatyczni, powinni kierować się ekonomią. Czy jednak jest tak rzeczywiście?

Czeska katastrofa

Zacznijmy może od tego, jaki był czeski punkt wyjścia. W roku 1999 współczynnik dzietności wynosił w tym kraju 1,13 i był jednym z najniższych na świecie, choć jeszcze w roku 1990 oszacowano go na solidne 1,9 (Polska wtedy mogła wciąż cieszyć się współczynnikiem na poziomie 2,06). W kolejnych latach udało się Czechom w pewnym stopniu odbudować dzietność i w roku 2010 wynosiła ona już 1,51. W kolejnym roku wprawdzie znów spadła do poziomu 1,43, ale potem już konsekwentnie rosła, aż do poziomu 1,83, który został osiągnięty w roku 2021. To są jak na razie najbardziej aktualne czeskie dane, do jakich dotarłem. Warto też dodać, że pomiędzy rokiem 2020 a 2021 doszło do znaczącego pozytywnego przełamania współczynnika z poziomu 1,71 do wspomnianego już 1,83. Tymczasem Polska demografia szoruje coraz bardziej po dnie. Tam, gdzie Czesi zaliczają wzrosty zbliżające ich do progu zapewniającego zastępowalność pokoleń (2,1), my coraz bardziej przypominamy Czechy, ale z lat 90.

Liberalny prezentyzm

Gdy czeski sukces analizowano w kwietniu 2022 roku na portalu onet.pl, sprowadzono jego przyczyny do czeskiej swobody obyczajowej, która sprawia, że nasi południowi sąsiedzi mają niezobowiązujące podejście do życia małżeńskiego i chętnie poddają się procedurze in vitro będącej tam relatywnie tanią usługą w porównaniu do Polski. Nie mogło też zabraknąć w tego rodzaju prezentystycznej ideowo analizie łatwego dostępu do aborcji, jako przyczyny pozytywnie wzmacniającej dynamikę demograficzną.  

“Już we wczesnej ciąży zupełnie normalne jest pytanie ze strony lekarza, czy kobieta chce tego dziecka. Każdy ma prawo do wyboru. Ogólnie świadomość kobiet jest większa. Tutaj uświadamia się już przedszkolaki, nie ma udawania, że dzieci przynosi bocian” – takimi anegdotycznymi opiniami mieszkającej w Czechach Polski onet.pl podbudowywał swoją narrację.

Podobnie liberalne stanowisko zaprezentowała cytowana w artykule prof. Irena Kotowska ze Szkoły Głównej Handlowej: “Według danych Eurostatu w 2019 r. 48 proc. dzieci urodzonych w Czechach to dzieci w związkach pozamałżeńskich. U nas ten odsetek to około 26 proc. Mało tego związki partnerskie są uznawane prawnie w Czechach, para może zarejestrować swój związek i korzystać z urlopów i zasiłków rodzicielskich. U nas niemałżeńskie związki są niemal w ogóle niedostrzegane zarówno w statystyce publicznej, jak i w rozwiązaniach polityki społecznej. O tym, ile jest rodzin mających formę związku partnerskiego z dziećmi lub bez, dowiadujemy się jedynie ze spisów powszechnych”.

Problem polega na tym, że poza sugerowaniem jakoby osłabianie więzi społecznych wzmacniało dzietność, prof. Kotowska nie przedstawiła mechanizmu wedle, którego miałaby powstawać u Czechów chęć posiadania dzieci. Zaskakującym jest twierdzenie, że w zasadzie małżeństwa są przeszkodą dla dzietności. Wydaje się, że większe dla demografii znaczenie może mieć rozbudowana w Czechach polityka społeczna nastawiona na wspieranie rodziny, na którą składa się wiele udogodnień w obszarze służby zdrowia, ulg podatkowych, itp. Ten wątek warto byłoby opisać osobno.

Tymczasem kwestia liberalizmu społecznego jest w analizowanym tekście eksponowana do tego stopnia, że jako przyczynę wysokiej dzietności sugeruje się świeckość czeskiego państwa.

“Można spokojnie stwierdzić, że w Czechach jest generalnie inna atmosfera wokół rodziny. Czechy to państwo świeckie, co nie jest bez znaczenia w przypadku rodzin i rodzenia dzieci” – pisze autorka analizy Beata Michalik.

Opinię tę wspiera także cytowana już mieszkająca w Ostrawie Polka. “Jeśli Czechom jest w związku niewygodnie, po prostu się rozchodzą. Dużo jest rozwodów, ale też wiele wolnych związków. Kościół i jego zasady nie odgrywają tu takiej roli jak w Polsce, oni na luzie podchodzą do małżeństwa, związki partnerskie są rejestrowane, nie ma presji rodziny, małżeństwa.”

Coś nie tak z liberalną idyllą

Liberalną idyllę w cytowanym tu tekście z portalu onet.pl zaburza jedynie opinia  Małgorzaty Sikorska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, która w swojej analizie pt. “Czy zwiększenie dzietności w Polsce jest możliwe” podważa zasadność liberalnych tez. Znaczenie jej głosu jest jednak w całym tekście marginalne. Podjęcie decyzji o pierwszym dziecku jest odkładane przede wszystkim przez brak poczucia stabilizacji. Chodzi szczególnie o brak stabilnego zatrudnienia obojga partnerów (…) oraz brak stabilnej sytuacji mieszkaniowej. Dla kobiet ważne jest także to, czy są mężatkami. Małżeństwo ułatwia podjęcie decyzji o dziecku, a życie w związku nieformalnym utrudnia” – pisze Sikorska.

Co jest naprawdę ciekawego w czeskich danych? Przede wszystkim to, że choć Czeszki rodzą pierwsze dziecko jeszcze później niż Polki (27,6 do 28,5), to w Czechach nastąpił ewidentny wzrost płodności u kobiet w przedziale wiekowym 30-39.

Późne urodzenia

Te dane powodują jednak, że pojawiają się kolejne pytania, ponieważ według raportu, jaki opublikował portal obserwatorgospodarczy.pl, aż 60 proc. Czeszek po 35 roku życia zachodzi w ciążę dzięki metodzie in vitro. Ważne byłoby jednak wiedzieć, czy chodzi tu o ciąże, które zakończyły się szczęśliwym urodzeniem, czy może o wszystkie ciąże jakie się pojawiły? Ewentualnie ważna byłaby informacja jaki odsetek ciąż z zapłodnienia pozaustrojowego zakończyła się urodzeniem, jeśli do owych 60 proc. zlicza się wszystkie ciąże. Raport informuje, że w Czechach in vitro daje około 6 tys. urodzeń rocznie. Jeśli jednak rzeczywiście jest to jakiś rodzaj stałej, to czy możemy wskazywać dostępność in vitro jako element demograficznej dynamiki wzrostowej? To także sprawa do dalszego zbadania.

To, na co jednak trzeba zwrócić uwagę, to fakt, że kobiety w Czechach chętniej rodzą pierwsze dziecko niż Polki, co dobitnie pokazuje poniższa tabela z raportu Instytutu Pokolenia. Trzeba tutaj dodać, że polski program 500+ przełożył się raczej na wzrost dzietność w rodzinach, które już wcześniej przyjęły pierwsze dzieci niż na wzrost pierwszych narodzin. I to jest główny polski problem.

Czesi mają wartości

Na koniec trzeba powrócić do kwestii, jaką są wyznawane przez społeczeństwo wartości i możliwego ich wpływania na dzietności. Wydaje się, że warto przyłożyć tu inną miarę od tej, która została zaproponowana w analizie Onetu. Ciekawe dane odnośnie wartości społecznych w Czechach i w Polsce podaje wspomniany raport Instytutu Pokolenia, z którego tabel statystycznych – poza pierwszą – korzystam w tym artykule. Prawie 50 proc Czechów w wieku do 29 lat uważa, że posiadanie dzieci jest wypełnieniem obowiązku wobec społeczeństwa. W Polsce analogiczny odsetek wynosi zaledwie nieco ponad 20 proc. Jednocześnie około 55 proc. Polaków wieku do 29 lat nie zgadza się z tym, że posiadanie dzieci to wypełnianie obowiązku wobec społeczeństwa. Społeczność ludzi młodych w Polsce ogranicza swoje poczucie obowiązku wobec społeczeństwa do życia zawodowego.

Czy nie w tym właśnie miejscu leży centralny problem polskiej demografii i czy nie jest nim atrofia społecznej odpowiedzialność, afirmowanie społecznej atomizacji i postaw egoistycznych? Różnice w tym zakresie, jakie mamy pomiędzy Polską i Czechami, nie da traktować jako nieistotnych statystycznie. Jednocześnie wartości społeczne są tym obszarem, który najtrudniej jest modelować, również z poziomu państwowego. Czy może się okazać, że różnorodne zabiegi z zakresu polityki prorodzinnej nie dadzą nam zauważalnego pożytku bez zmiany tej jednej, miękkiej wartości? Niestety tak.