Próbna cenzura Google’a. W Kanadzie odbyły się już pierwsze testy

Niedawno pisaliśmy na łamach Afirmacji, że w polskim Sejmie znajduje się szalenie niebezpieczna ustawa dotycząca naszej prywatności. W jednym z projektów rząd zaproponował, że wiele służb mundurowych bez ważnego powodu, będzie mogło czytać naszą korespondencję. Okazuje się jednak, że nie jest to szczyt ataku na wolność.

Portal lifesitenews.com przekazał informację o pracach Google w Kanadzie. Globalny koncern testuje tam blokowanie dostępu do niektórych treści. Wszystko ma związek z przygotowaniem się do wprowadzenia przepisów o cenzurze w Internecie, które przygotował tamtejszy rząd.

Skok naprawdę

Google miało potwierdzić, że w ramach testu ograniczono dostęp do informacji zamieszczanych w sieci dla ok. 4 proc. Kanadyjczyków. Takie działanie pokazuje, że plany rządu są całkiem poważne i realne jest ich wprowadzenie.

Oficjalnie premier Kanady informuje, że przepisy mają za zadanie zadbać o interes mediów, których treści przedstawiane są na portalach społecznościowych. Dzięki temu podmioty miałyby zagwarantowane zyski z tego tytułu. Specjaliści uważają jednak, że przepisy przede wszystkim ograniczą niezależne media. Dzieje się tak dlatego, że to cyfrowy gigant będzie wybierał treści, które jego zdaniem należy zrekompensować. W rezultacie, aby dane informacje były przekazywane innym użytkownikom, nadawca będzie musiał uiścić opłatę. W ten sposób, jak łatwo się domyśleć, „zabetonowany” może zostać skład medialny w kraju.

Pomysły kanadyjskiego rządu mogą niepokoić szczególnie, że tamtejsze władze mają już za sobą niewyobrażalny atak na wolność swoich obywateli. Podczas pandemii koronawirusa, część Kanadyjczyków nie godziła się z obowiązkiem szczepień i protestowała w ramach wolności decydowania o sobie. Nie spodobało się to rządowi, który zdecydował… o zablokowaniu pieniędzy na kontach protestujących. W ten sposób z dnia na dzień „niepokornych” obywateli pozbawiono środków do życia i tym samym wymuszono oczekiwane postępowanie. Działanie ograniczające dostęp do innych informacji niż te pożądane przez rząd, jest więc kontynuacją „linii programowej” kanadyjskich władz.

Domena lewicy

Pomysły Kanadyjczyków nie są jednak oryginalne. Podobnie nie oryginalna będzie współpraca w tym zakresie z Google. Takie rozwiązanie przerabiali już wcześniej Hiszpanie. Ich, a jakże, lewicowy rząd, także postanowił zadbać o prawa autorskie twórców. W efekcie na osiem lat w kraju zablokowano „Google News”. Być może swobodny dostęp do różnych wiadomości zostanie zablokowany niedługo także Australijczykom i Czechom, którzy także wprowadzają podobne prawo. Nie jest zaskoczeniem, że w Australii rządzi lewicowa Partia Pracy. W Czechach rządzi natomiast koalicja pięciu partii – od konserwatywnych liberałów po Partię Ludową.

Wnioski z takiego działania mogą być tylko dwa. Pierwszym jest to, że wprowadzanie rozwiązań mających gwarantować autorom dochód z praw autorskich, jest w konsekwencji ograniczeniem wolności i dostępu do różnych źródeł informacji.

Drugim wnioskiem jest to, że jeżeli któraś z partii, w szczególności o zabarwieniu lewicowym, twierdzi, że chce zadbać o Ciebie i Twoje prawa, należy jak najdalej uciekać. Praktyka pokazuje bowiem, że nic dobrego nie może z tego wyniknąć.

Chęci globalnej cenzury

Przedstawione przykłady powinny niepokoić, ponieważ rozwiązania wprowadzane w niektórych krajach mają tendencję do szybkiego rozprzestrzeniania się. Zwłaszcza jeżeli gwarantują one rządzącym ograniczenie dostępu dla obywateli do różnych źródeł informacji. Atak na wolność słowa nadchodzi jednak nie tylko pod płaszczykiem dbania o interesy twórców. ONZ planuje walkę z „mową nienawiści” i „dezinformacją”. Taka walka w krótkim czasie łatwo przerodzi się w selekcjonowanie treści, czyli cenzurę.

ONZ chce opracować zasady regulacji w mediach społecznościowych, dzięki którym będzie można skutecznie walczyć z treściami nielegalnymi, szkodliwymi dla demokracji i praw człowieka. Wszystko to przedstawiane jest jako… walka o wolność słowa.

Walka o wolność

Wszystkie te działania, choć wydają się dziać gdzieś z dala od Polski, karzą uważniej przyglądać się zamiarom rządzących. Okazuje się bowiem, że fala protestów przy okazji próby wprowadzenia ustawy ACTA, bądź też sprzeciw wobec ostatniego projektu o dostępie do naszej korespondencji, nie jest ostatnią bitwą o wolność.

Chęci wprowadzenia cenzury wydają się przyspieszać, bo próbuje się je przeforsować różnymi kanałami. Jeszcze dekadę temu takie czarne scenariusze można było nazwać teorią spiskową. Dzisiaj są rzeczywistością, która nie śniła się chyba samemu Orwellowi.

Czytaj także:

źródło: lifesitenews.com