“Papież z Afryki jest tylko kwestią czasu” – rozmowa z ks. Eugeniuszem Szyszką

Bez świeckich nic bym na misjach nie zrobił – przyznaje w rozmowie z KAI ks. Eugeniusz Szyszka, wieloletni misjonarz w Republice Środkowoafrykańskiej. Dyrektor Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie wyjaśnia dlaczego coraz mniej Polaków podejmuje się pracy ewangelizacyjnej w odległych krajach. Opowiada też o afrykańskiej mentalności i duchowości, które są wciąż trudne do przeniknięcia dla Europejczyka. Ocenia też, że papież z Afryki jest tylko kwestią czasu.

Tomasz Królak (KAI): Centrum Formacji Misyjnej skończyło 40 lat. Powstawało w zupełnie innych warunkach – politycznych ale i religijnych. Jakie są główne zadania i wyzwania Centrum – dziś?

Ks. Eugeniusz Szyszka: W ciągu minionych lat nasze struktury się rozrosły. W latach 80. i 90. było sporo kandydatów do pracy misyjnej i mieliśmy nadzieję, że chętnych będzie przybywać. W tamtym okresie grupy liczyły 30-35 osób – to był standard, zwłaszcza jeśli chodzi o francuskie i angielskie grupy językowe, w późniejszym czasie wzmacniała się grupa hiszpańska.

Centrum jest jedną z agend Komisji Episkopatu Polski ds. Misji. W ciągu tych 40 lat przez Centrum i jego struktury, a więc Dzieło Pomocy Ad Gentes, MIVA Polska oraz Instytut Misyjnego Laikatu, przeszło około 1100 osób. Spośród nich największą grupę stanowią księża diecezjalni. Centrum powstało głównie z myślą o nich, to znaczy po to, żeby księży diecezjalnych przygotowywać do pracy misyjnej. Nazywani są fideidonistami, od tytułu encykliki Piusa XII “Fidei donum” z 1957 roku.

Przygotowują się tu także siostry zakonne, ojcowie i bracia zakonni oraz osoby świeckie – w ciągu 40 lat na różne placówki misyjne wyjechało kilkadziesiąt świeckich kobiet i mężczyzn.

Wspomniał Ksiądz, że w dawnych, dobrych latach na roku przygotowawczym było do czterdziestu osób. A dziś?

W ubiegłym roku formacyjnym, kiedy rozpoczynałem kadencję dyrektora CFM, było u nas 9 osób. Z tego sześć przygotowywało się do wyjazdu Ameryki Łacińskiej, która wśród kierunków misyjnych od paru dobrych lat jest “trendy”. Dwie siostry zakonne pojechały do Afryki – do Burundi i Republiki Środkowoafrykańskiej. Z kolei ksiądz przygotowywał się do wyjazdu na Jamajkę, ale z powodów zdrowotnych, ostatecznie i ku radości tamtejszego biskupa, rozpoczął posługę na Islandii.

Można więc mówić kilkukrotnym, w ciągu tych 40 lat, spadku chętnych do pracy na misjach. Czy to proste odbicie kryzysu powołań czy może przyczyną jest większa rezerwa wobec takiej posługi

Jedno i drugie. Co charakterystyczne: choć kiedyś cały proces przygotowawczy – w tym nauczanie języka – odbywał się przy pomocy środków ubogich, pragnienie wyjazdu było większe. Istniało zaledwie kilka czasopism misyjnych, ale była ta pasja poszukiwań i zainteresowanie się danym krajem. Niektórzy czekali po kilka lat, nim biskup czy przełożony zakonny wyrazi zgodę wyjazd. Dziś choć mamy wszystko, sytuacja jest odwrotna.

Pomimo profesjonalizacji przygotowań – językowych, kulturowych, medycznych.

Spadek powołań w naszym Kościele jest ewidentny i raczej się nie zanosi, że boom powróci. Mówi się, i to jest prawda, że misje są budowane przede wszystkim na wierze. Dziś można wyjechać turystycznie do różnych, egzotycznych krajów – dokąd tylko się komu podoba.

Ale misjonarz musi być przede wszystkim człowiekiem wiary, musi dobrze przemyśleć i rozeznać całą swoja motywację i dopiero potem wyruszać i głosić Ewangelię. I to jest podstawa, a nie sprawy materialne.

Kościół zawsze wychodził dobrze na stosowaniu środków ubogich. W krajach misyjnych to jest warunek ewidentny, szczególnie w Afryce. Kluczową sprawą jest także edukacja.

34 lata temu byłem jako młody misjonarz w Afryce i dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że jedną z najważniejszych ról misjonarza – oczywiście oprócz głoszenia Chrystusa, Ewangelii – jest wychowanie: od najmniejszego dziecka, poprzez dorosłego człowieka. Uważam, że największym problemem i paradoksem, bo mamy przecież XXI wiek, jest totalny analfabetyzm Afryki, czyli brak edukacji. Nadejdą więc następne i następne niewyedukowane wciąż pokolenia. Stąd chęć ucieczki młodych ludzi tutaj, do tak zwanej bogatej Europy.

Dotyczy to także księży?

Owszem. Przez ostatni rok przed przyjazdem do Polski, czyli w 2021 roku, pracowałem we francuskiej Bretanii. W tamtejszej diecezji Rennes spotkałem około 60 młodych afrykańskich księży. Wielu z nich pochodziło z Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie w czasach, gdy oni się rodzili, byłem misjonarzem. Mówili mi wprost, że gdyby było to możliwe, wszyscy młodzi Afrykańczycy natychmiast przyjechaliby do Europy.

Czy ci księża będą duszpasterzami we Francji czy wrócą do swoich krajów?

W ostatnim czasie biskupi afrykańscy zwracają szczególną uwagę na to, by po odbyciu studiów w Europie młodzi księża wracali do siebie. Tłumaczą, że owszem, wciąż potrzebują misjonarzy, ale także własnych księży. Nie dziwię się temu, bo jestem w 100 procentach przekonany, że choćby misjonarz pracował w Afryce 50 lat, to nigdy nie dotrze do głębi duszy Afrykańczyków. Nie ma szans.

To bardzo ciekawe.

Znałem znakomitych misjonarzy, którzy choć pracowali na tym kontynencie po kilkadziesiąt lat, przyznawali, że wciąż bywają zaskakiwani postawą, zachowaniem, mentalnością Afrykańczyków. Miejscowy kleryk, który tam kształci się na kapłana, jest jednak jednym z nich.

Warto też zaznaczyć, że wielkim problemem w Afryce pozostaje trybalizm, czyli plemienność i problemy istniejące między plemionami. Po prostu sprawą numer jeden są dla tych ludzi więzy krwi.

Także dla księży?

Oczywiście. Ale to wszystko spokojnie dojrzewa i potrzebuje czasu. W 1994 r. jako misjonarz w Republice Środkowoafrykańskiej przeżywałem stulecie ewangelizacji w tym kraju. Porównajmy to z ponad tysiącletnią tradycją chrześcijaństwa w naszej ojczyźnie… Trzeba dać im czas. Trzeba ich słuchać, rozumieć. I niech budują Kościół katolicki, powszechny, ale w warunkach lokalnych.

Myślę, że papież z Afryki jest tylko kwestią czasu. Są tam już naprawdę wspaniali kapłani, biskupi i kardynałowie. Warto wspomnieć o postaci kard. Bernardina Gantin. Pochodził z Beninu i jako pierwszy kardynał afrykański kierował jednym z centralnych urzędów kurialnych: Kongregacją ds. Biskupów. Został mianowany na to stanowisko przez Jana Pawła II, którego był jednym z najbliższych współpracowników, a z racji swojego urzędu miał duży wpływ na nominacje biskupie na całym świecie. Był także dziekanem Kolegium Kardynalskiego.

Zakorzenianie się Ewangelii w duszy Afrykańczyka nie dokonuje się ani szybko, ani łatwo…

Choćby człowiek był nie wiem jak wyedukowany, wykształcony i był na przykład ministrem, to zawsze będzie jechał do czarownika. To jest świat bardzo duchowy, także w sensie wiary w duchy itd.

Ale chrześcijaństwo ma na tym kontynencie naprawdę wielkie szanse. Co prawda nie jest tam religią o wysokim procencie obecności. W Afryce wciąż dominują wierzenia rodzime, animistyczne, które są bardzo silne. Mocno obecny jest islam i to w agresywnym wydaniu.

Afrykański papież w zapewne zwracałby uwagę współczesnemu światu, że radość czerpać można z samego faktu życia i że szczęście nie zależy od materialnego komfortu. Taki papież-świadek, mógłby, jak sądzę, odmienić oblicze świata i chrześcijaństwa.

Jak najbardziej. Przypominam sobie tę właściwą Afrykańczykom radość wyrażaną podczas liturgii. Kiedy pracowałem z kolegą księdzem w Bangi, stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej, pierwszą Mszę św. w naszej parafii św. Antoniego odprawialiśmy o 7.30, a następną o 10.30. A pomiędzy liturgiami pozostawało zaledwie około 45 minut. To była Msza z tańcami liturgicznymi, żywiołowym śpiewem z akompaniamentem instrumentów, itd. Przygotowywali ją świeccy z różnych grup apostolskich. Uświadomiłem sobie, że bez świeckich na misjach nic bym nie zrobił.

Z polskiej perspektywy patrząc, można chyba mówić o pewnym paradoksie: to Afryka pokazuje nam, na czym polega rola świeckich i ich odpowiedzialność za całą wspólnotę. My powtarzamy nauczanie Soboru na ten temat, ale w praktykowaniu tych wskazań Afryka bije nas na głowę.

Niejednokrotnie spotykam w Polsce sytuacje, że ksiądz, który odprawia Mszę św. czyta także pierwsze czytanie, potem drugie. I to pomimo tego, że w liturgii uczestniczy cała grupa uduchowionych wiernych, systematycznie czytających Pismo Święte… To kwestia współpracy, której po prostu często brakuje.

Podczas mojej pracy na misjach stawiałem akcent przede wszystkim na formację świeckich, zwłaszcza katechetów. Na pierwszej misji musieliśmy objechać ponad 30 kaplic, gdzieś na wioskach, w buszu, dlatego bywaliśmy w każdej z nich tylko co jakiś czas. Trzeba więc było liczyć na to, że życie liturgiczne i nawet duszpasterskie poprowadzą odpowiednio uformowani katecheci świeccy, mający rodzinę i dzieci. Trzeba było systematycznej pracy nad ich pracą formacyjną, a właściwie – autoformacją.

Pamiętam słowa prof. Stefana Swieżawskiego, który był naprawdę wspaniałym człowiekiem. Otóż często powtarzał, że tym, czego się najbardziej obawia, jeśli chodzi o przyszłość Kościoła w Polsce, jest klerykalizm. I właśnie to dziś mamy.

Czego jeszcze uczy nas Afryka? Co może nam dać?

Prostotę. Pokazuje, że można prowadzić parafię, jej życie duszpasterskie i organizacyjne, w prostocie. I, powtarzam, uczy praktycznej współpracy z osobami świeckimi. Bywając w mojej rodzinnej, polskiej parafii, często pytam: jak tam rada parafialna? Bo owszem, ona jest od tego, żeby doradzać proboszczowi, ale też sama musi być aktywna, a nie żyć w przekonaniu, że coś tam z proboszczem przedyskutują, a on i tak zawsze zrobi po swojemu.

Ale o tym, co znaczy rada parafialna przekonałem się podczas dwunastoletniej pracy duszpasterskiej we Francji, między innymi w Bretanii. Spotkanie rady to było wydarzenie! Rozpoczynało się o 20.30, zazwyczaj w piątek, był konkretny program. Ludzie przyjeżdżali do punktu parafialnego i rzeczywiście wspólnie z proboszczem parę godzin radzili, coś ustalali i to realizowali.

Warto wspomnieć, że we Francji w tym roku podczas Wielkanocy chrzest przyjęło 11 czy 12 tysięcy dorosłych osób! To nie była jakaś tam formalność, lecz, co sam widziałem, wydarzenie poprzedzone formacją, spotkaniami, itd. Te osoby podejmowały decyzję w sposób naprawdę przemyślany i dojrzały.

Wspomniał Ksiądz, że w ciągu ostatnich dziesięcioleci drastycznie ubyło chętnych do pracy na misjach. Trzeba jednak docenić fakt, że wśród tych, którzy się zgłaszają, są osoby świeckie. Tym bardziej, że dziś na pewno egzotyka nie jest wabikiem, więc motywacja uległa oczyszczeniu – chodzi wyłącznie o ofiarowanie czegoś innym…

Tak, niemniej jeśli chodzi o świeckich, to, póki co, jestem zwolennikiem wolontariatu. Uważam, że możemy realnie i dojrzale działać poprzez Instytut Misyjnego Laikatu, który jest agendą Centrum Formacji Misyjnej.

Stawiałbym na wolontariat prowadzony szczególnie przez zgromadzenia zakonne, misyjne par excellence, takie jak werbiści, salezjanie, salwatorianie czy pallotyni. Chodzi o to, by osoby świeckie przechodziły odpowiednią formację i choćby na krótki czas wyjeżdżały na tereny misyjne, współpracując tam z misjonarzami-duchownymi.

Spotkałem kiedyś znajomego świeckiego misjonarza, jakiś czas po jego powrocie z Kamerunu. Wyznał mi, że sprawy misji zupełnie zniknęły z jego życia. Dlaczego? Powiedział proboszczowi, że pracował jako misjonarz (to jest mocne, bo nie był wolontariuszem, lecz misjonarzem właśnie), co powinno zrobić na proboszczu jakieś wrażenie, wzbudzić zainteresowanie i zrodzić pomysł, jak wykorzystać jego doświadczenie i potencjał. Proboszcz jednak inicjatywy nie wykazał. “No ale co by tutaj zrobić? Mamy już wszystko duszpasterstwo poukładane i tak dalej, to proszę tam może gdzieś do środowiska misyjnego, gdzieś się odnieść, może tam będzie coś możliwe” – jakoś w ten sposób mu odpowiedział. Szkoda, bo przecież sprawa misji, animacja misyjna nie jest czymś dodatkowym lecz samym sednem funkcjonowania życia parafii. Przecież tam są wszyscy ochrzczeni, a więc powinni chcieć dzielić się tym doświadczeniem. Ja jestem księdzem, ale najpierw otrzymałem Chrzest święty, a dopiero potem inne sakramenty, w tym sakrament kapłaństwa.

Czy gdyby lekarz, psycholog, terapeuta lub ktokolwiek inny poczuł, że chce poświęcić się pracy na misjach przez na przykład 3 miesiące, to może zgłosić się do Centrum Formacji Misyjnej?

Tak, ale – powtarzam – jako wolontariusz. Taka praca jest jak najbardziej możliwa, a przede wszystkim – potrzebna, ale droga do tego celu wiedzie przez wolontariat. Dlaczego? Bo trzeba dać się poznać w środowisku lokalnego Kościoła. Osoba, która ma przyjść do nas na 9-miesięczną formację – od września do końca maja – powinna spotkać się z biskupem diecezji, z której pochodzi, porozmawiać z nim, przedstawić swoje plany i poprosić o posłanie do Centrum. Biskup zobowiązuje się przy tym do pokrycia ubezpieczenia takiej osoby. Następnie Komisja Misyjna KEP przygotowuje odpowiednie dokumenty, dbając o to, by cała procedura została spełniona, punkt po punkcie.

Jak wiadomo, w każdej diecezji powołany jest dyrektor diecezjalny Papieskich Dzieł Misyjnych. Napisałem właśnie list do każdego z nich, przedstawiając działalność, cele i zadania Centrum i zaprosiłem wszystkich do współpracy. Każdy z nich powinien odpowiednio zareagować na deklarację świeckiej osoby o jej zainteresowaniu pracą na misjach, to znaczy powinien zainteresować się nią i otoczyć właściwą opieką.

Czy misyjna świadomość świeckich jest dziś na odpowiednim poziomie? Czy uświadamiamy sobie, że bycie misjonarzem nie jest dodatkiem do praktyk lecz zobowiązaniem wynikającym z chrztu?

W gruncie rzeczy wszystko zależy od formacji proboszcza.

Także dzięki nim może wzrosnąć liczba słuchaczy Centrum, którym Ksiądz kieruje.

W ubiegłym roku na dziewięciomiesięczną formację zgłosiło się piętnaście osób. Na rok 2024/25, jak dotąd pięć: czterech kapłanów i siostra zakonna.

Kiedyś było tu kilkadziesiąt osób, dziś trzeba cieszyć się z tej piątki.

Takie czasy. A z drugiej strony, jeszcze raz powtarzam: trzeba po prostu, żeby diecezje i tamtejsze wydziały misyjne i cała animacja misyjna działała mądrze i odpowiedzialnie. Bo można klaskać, robić scenki misyjne itd., ale przede wszystkim, gdy u kogoś obudzi się delikatnie jakaś myśl o pracy misyjnej, to trzeba to naprawdę pielęgnować – po bratersku i autentycznie. I oczywiście – na modlitwie. Trzeba się troszczyć o każde misyjne powołanie. Minęły te czasy, kiedy do kapłaństwa przygotowywało się 300 kleryków i nikt się zbytnio nie przejmował tym, że może z dziesięciu z nich odejdzie.

Weszliśmy w czasy liczby pojedynczej.

Podejście musi być spersonalizowane, bo przecież każdy jest inną osobą.

Czy zdarza się, że misjonarze ulegają przekonaniu, że ich domeną jest mówienie, ale już nie słuchanie?

Owszem, dlatego prowadzimy specjalistyczne badania psychologiczne. Chcę zresztą rozwijać ten kierunek, bo uważam go za bardzo potrzebny. Nie wchodząc w szczegóły: może się okazać, że zanim ktoś pojedzie na misje, powinien podjąć terapię.

Dziś chyba trudniej niż 30-40 lat temu przychodzi księżom, a pewnie i zakonnicom, poświęcić swoją wolność dla misji?

Cóż, to jest już inne pokolenie i inne myślenie. Podczas niedawnego, wakacyjnego spotkania z misjonarzami, także takimi z kilkudziesięcioletnim stażem, zwróciłem się do nich z apelem: przyjmijcie tych młodych z otwartością i zamieńcie się w słuch.

A młodzi powinni wypisać sobie nad łóżkiem dwa słowa: cierpliwość i pokora. Bo czasami widać, że po przyjeździe na misje taki ktoś uważa, że swoimi przemyślanymi metodami zbawi pół Afryki…

Rozmawiał Tomasz Królak (KAI)

źródło: KAI

OGLĄDAJ TAKŻE:

CZYTAJ TAKŻE: